wtorek, 14 lipca 2009

Level 30



Nie zmieniłem się na lepsze i nie wiem, czy umiem pisać wiersze jeszcze, czy kochać gniewnie, wszystko blaknie, blednie, potok słów czułych wypierają brednie. Do tych pagórków leśnych - wstęp mam zabroniony, rezerwat dzikich zwierząt, a ja udomowiony. Do tych pól zielonych - też mnie nie ciągnie, alergię mam chyba, kicham potwornie, ciągle. Cztery litery lubią koła cztery. Wybieram asfalt, karetę firmową i stereo. Opona rośnie, licznik aktywności fizycznej wskazuje zero. System kosmicznej nawigacji nie wynosi ludzkości na orbity marzeń tylko do najbliższej stacji. Sprowadza na ziemię wzrost ceny paliw. Dusza już nie chce do raju - chce eurodolarów. Już nie (kur)częstochowa, tylko (kur)warszawa. Już nie z dziada pradziada, a z dziś na wczoraj wszystko. Już nie domowe, a integracyjne ognisko. Życie w biurze, a w domu spanie. Nie gotowanie tylko wrzątkiem chemii zalewanie. I choćby przyszło tysiąc atletów to żaden nie skosztuje - takie to świństwo. Czasem coś strzyknie, czasem coś gruchnie, czasem zaboli, czasem opuchnie. Czasem coś zapomnę albo umknie mi samo. Bo PIN ma cztery cyfry tylko, podczas gdy babci telefon siedem aż, o rany. Dzwoniłem do babci, gdy byłem mały - potem źli ludzie z banku kartę mi wydali - kredytową. Myślałem, że mam samodyscyplinę, a teraz mam długi. Broni mnie Minister Zdrowia przed skutkami palenia. Uchroń mnie Ministrze Finansów od zadłużenia! I gdybym tak miał lat mniej, a mam niemało, wymyśliłbym jakiś logiczny koniec i żeby się zrymowało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz